Baza działa
drukuj artykuł

Nie miejsce do życia

Recenzje i omówienia12/11/07 nr5 (5)

Wystawa Doroty Chilińskiej i Andrzeja Wasilewskiego opowiada o marzeniach i lękach, o tym, co istnieje obok nas i o niezwykłej „kulturze szałerków”. Jest to – jak sądzę – również opowieść o ukrywaniu się.

Szałerek nazywany czasami szajerkiem to rodzaj przybudówki, szopy czy też zabudowania gospodarczego. Toruńska Galeria dla… stała się szopą lub w tym wypadku strychem, pełnym mniej lub bardziej przydatnych rzeczy. Jak czytamy w tekstach i komentarzach towarzyszących wystawie: małe podwórka, w których ciągle powstają nowe zasłony, przegrody, płoty i przepierzenia były bezpośrednią przyczyną stworzenia environment Życie jest gdzie indziej

Do galerii wchodzi się przez niewielkie, pełne desek podwórko. Po jego minięciu i po pokonaniu kilku stopni znalazłem się w ciasnym i ciemnym korytarzu. Mrok rozpraszały drobne promienie światła wydobywające się zza desek, w powietrzu unosił się kurz i dym, z dala dochodziły dźwięki czyjeś pracy. Przez szpary w ścianach korytarzy dostrzec można było fragmenty starych mebli, jakieś szmaty, worki, druty. Po kilku krokach trafiłem na rozwidlenie korytarza, pokonałem zakręt, kilka stopni w górę i znalazłem się w kolejnym korytarzu. Na jego końcu niespodziewanie wszedłem na coś miękkiego. Przestraszyłem się, że to coś żywego... 

Wróciłem ponownie na skrzyżowanie. Teraz w drugą stronę. Metr dalej widać było niewielką dziurę w ścianie. Był to kolejny, krótki korytarzyk – wejście, które należało pokonać na kolanach, aby znaleźć się w sporym pomieszczeniu. Tam mrok rozświetlał telewizor stojący w kącie, na podłodze. Na jego ekranie, pośród strasznych zakłóceń dostrzegłem Georga Busha, Osamę Bin Ladena, popularną spikerkę jednej z amerykańskich telewizji. Te twarze pojawiały się na przemian z obrazami bitew, wybuchów, jadących czołgów. W innym miejscu oparte o ścianę stały drzwi i materac, obok leżały drobne śmieci. Po wyjściu z tego pokoju, na końcu labiryntu z desek trafiłem do pomieszczenia, w którym artyści częstowali gości winem i ciasteczkami. Panował tam straszny bałagan i spory tłok, ale za to była tam zdecydowanie przyjemniejsza atmosfera niż w pozostałej części „dobudówki do galerii”.



Czym jest szopa, strych, skrytka lub popularny na Pomorzu szajerek? Jest pragnieniem stworzenia własnej, bezpiecznej przestrzeni. To tam trzymamy i zabezpieczamy przed zniszczeniem narzędzia i przedmioty „mogące się jeszcze przydać”. Te rzeczy popadają powoli w zapomnienie, obrasta je kurz i pajęczyny. Początkowo odgrzebujemy je podczas przedświątecznych porządków, ale kolejne „przydatne”, choć już trochę zużyte urządzenia, meble, części samochodów zasłaniają te starsze. Nie potrafimy się ich pozbyć. Gromadzenie zużytych przedmiotów stało się, jak twierdzi Roch Sulima, cechą naszej cywilizacji. Czasami zdołamy wykorzystać ponownie te rzeczy. Ze starych opon powstają kwietniki, ze zużytych butelek domek na działce. Często wymyślamy różne prawdopodobne sytuacje, które mogą się wydarzyć i przywrócić do życia każdy z przedmiotów. Te skupiska obiektów są pamiątką naszej codzienności, naszych biografii i historii rodzinnych. To nie są jeszcze śmieci, lecz rupiecie. Po pewnym czasie w końcu zapominamy, że takie przedmioty istniały. Wtedy też przeistaczają się one w śmieci [1]. Toruńscy artyści zwrócili jednak uwagę na inny aspekt owej „przypodwórkowej” przestrzeni. Dostrzegli, że „przez szpary w deskach przeciskają się marzenia o dalekim i odmiennym życiu”. Podczas wystawy zza przepierzenia słychać było zaledwie odgłosy czyjejś pracy, jak gdyby z drugiej strony trwało zabudowywanie tego miejsca [2]. 

Tadeusz Chrzanowski pisał o pseudo-altankach i różnorodnych rodzajach dobudówek jako „przybudowie” do idei domu. Definicją przybudówki można objąć również miejsca związane z przestrzeniami podwórek: szopami, szajerkami czy nawet „domkami” na działkach. Stworzenie takich konstrukcji nie oznacza podniosłego aktu budowania. To wyraz rezygnacji objawianej w postaci „przybudowania tego, co powinno być w rzeczywistości zbudowane, wykreowane”. Taka przestrzeń staje się wyrazem walki z losem, z własną bezsilnością, jest objawem gospodarności na miarę, która jest możliwa dla mieszkańców małych miast lub biedniejszych osiedli [3]. 



Sądzę, że jest to również sposób na realizację marzenia o enklawie, gdzie odgradzamy się od innych – obcych, zamykamy w prywatnej przestrzeni. Zabudowane podwórka, szopy, lecz również altanki na działkach, o których pisze Roch Sulima, są objawem alienacji „człowieka wygnanego”, czy raczej zepchniętego na peryferie wielkich struktur, bogatych miast i nowoczesnych przedmieść. To miejsca człowieka wycofującego się na obrzeża miast, choć w przestrzeni bywają to miejsca blisko centów, miejsca ludzi uciekających do własnych oaz spokoju. A tendencja do izolacji będzie się pogłębiać im bar¬dziej przeciwstawne będą interesy, skala wartości i możliwości realizacji życiowych planów zamieszkujących obok siebie osób czy grup [4].

Te zasłony budowane są zawsze z obu stron, mają one podkreślać sąsiedzką suwerenność, choć paradoksalnie stają się symbolem symbiozy. „Ludzie z obu stron przyglądają się sobie, porównują, a także śledzą, podglądają i kontrolują to, co się dzieje za ścianą. Towarzyszy temu tęsknota za lepszym światem i ogromny sentyment do tego, co znane, sielskie, oswojone i bezpiecznie odgrodzone od reszty świata” – czytamy w jednym z komentarzy do wystawy [5].



Tęsknota za lepszym życiem prowadzić może do buntu, do próby zniszczenia znienawidzonego świata. Obejrzana wystawa była dla mnie również taką opowieścią. W ciemnych, skleconych pośpiesznie labiryntach przygotowano pokój przywołujący na myśl słynne kryjówki Vietcongu lub afgańskich partyzantów. To miejsce mogło by być pozornym schronieniem, a w rzeczywistości dobrowolną celą uciekiniera walczącego o lepszy, w jego odczuciu, świat lub o swoje państwo, o własne miejsce na ziemi. Opisany powyżej pokój był w moim przekonaniu symbolem takiej właśnie kryjówki buntownika, który ogląda stojący w kącie telewizor i patrzy przez szpary na świat zza pozornego schronienia.

Zwiedzając korytarze zbudowane przez Andrzeja Wasilewskiego i Dorotę Chilińską czułem lęk. Pomimo rozbawionego tłumu widzów widziane przestrzenie emanowały pustką. Życie było gdzie indziej, na ulicy, w barze, do którego przenosili się widzowie, słyszane za ścianą tej ekspozycji.



1. R. Sulima, Antropologia codzienności, Kraków 2000, s. 48.
2. A. Krzesińska, Toruńskie szłerki na wystawie, www.nowości.pl, (2007-11-03).
3. R. Sulima, op.cit., s. 15.
4. Ibidem, s. 28.
5. A. Krzesińska, op.cit.

Dorota Chilińska, Andrzej Wasilewski
Życie jest gdzie indziej…
(realizacja z gatunku in situ)
Toruń, Galeria dla…
30 październik – 14 listopad 2007

autor(ka): Krystian Kowalski

archiwum

Przeglądaj wszystkie wydania teksty.bunkier.art.pl

zobacz archiwum }

w ostatnim numerze