Baza działa
drukuj artykuł

Niespodzianki

Felietony27/12/07 nr8 (8)

Z radością informuję, że pojawiła się nowa strona, która z powodzeniem walczy o to, żeby w necie znów można było oglądać ulubione seriale bez potrzeby czekania na torrenty, które ściągają się w nieskończoność. Po spektakularnym zamknięciu film and tv links i aresztowaniu twórcy, maniacy serialowi narażeni na długie czekanie nie mogli oglądać nowych dzieł i zaczynali być przerażeni, szczególnie ci, co nie rozumieją działania e mula (czyli ja).

Przez ten moment, kiedy nie dotarła do mnie wspaniała informacja o nowej stronie – surf the channel, postanowiłam oglądać coś innego niż seriale i poszłam do kina.

Jakoś dawno tam nie byłam. Bo i nic nie było, no i seriale mnie wciągnęły. A tu nagła pustka spowodowała, że poszłam na dwa – na komedię romantyczną z Michelle Pfeiffer i kryminał z Georgem Clooney’em.

Na komedie romantyczne chodzę zwykle z moją koleżanką Kingą, kupujemy jedzenie i spełniamy wszystkie wymagania jakie powinno się spełniać kiedy idzie się na komedię romantyczną – chichoczemy durnowato, przemycamy na korporacyjne sale kina jedzenie z kfc albo czegoś tam, przynosimy swoją coca cole i tylko pop corn karnie kupujemy w najdroższych barach świata, jakimi są bary w multikinach albo cinema city. Słowem – zachowujemy się tak, jak bohaterki komedii romantycznych, które po nieszczęśliwej miłości i ze złamanym sercem idą do kina z najlepszą przyjaciółką – lub oglądają w domu jakieś komedie albo zupełnie nie wiadomo dlaczego Casablancę – wzorem Magdy M.

Każdy kto był na filmoznawstwie (czyli ja) wie doskonale, że dzieło wątpliwego geniuszu, jakim jest Casablanca sprawdzało się przy pierwszym razie i to tylko dlatego, że z jakiś powodów ma doskonałą opinię i jeszcze lepszy PR. Stało się cytatem, a tak naprawdę nikt tego nie ogląda. Czyli Magda M. ściemnia i na pewno zamiast Casablanci tak naprawdę sieka Kiedy Harry poznał Sally i Love actually – wzorzec komedii romantycznych.

Strasznie długa dygresja. Ale nadal trwa początek zimy, okres wyjątkowo dygresyjno-maniaklany.

Kingi nie ma, pojechała do Azji, nie wiem gdzie zniknęła. Mam tylko nadzieję, że nie stanie się jedną z tych fanek filmów bollywoodzkich, które tak samo jak Casablanca – mają doskonały PR i podobno szalony ładunek komediowy. Nie znoszę filmów z Bollywood, przypominają mi minioną modę na disco polo, która bawiła przez pierwszy rok. Teraz śpiewanie, że jesteś szalona jest tak passé jak oglądanie Friends.

Poszłam więc sama i obejrzałam z prawdziwym obrzydzeniem co Michelle Pfeiffer wyrabia swoim marnym aktorstwem i naciągniętą twarzą, w której podobno nie znajduje się ani gram botoxu. Aha... Na pewno. Komedia romantyczna, niby łamiąca stereotypy gatunku nie sprawdza się. To tak jak jakiś antywestern albo wesoły dramat. Fuj. Nic ciekawego i niech nikt nie nabierze się na to, że Nigdy nie będę twoja w jakikolwiek sposób ubarwi te krótkie grudniowe dni. Nie iść. Hochsztaplerka.

Ale poszłam na nowy film z Georgem Clooney’em, który jest moim mistrzem. Wszystko, co firmuje George, niezależnie od tego czy to reżyseruje czy w tym gra, czy to produkuje ma w sobie klasę, jest szlachetne i absolutnie się sprawdza. Sprawdza się tak, jak czarny pudel na śniegu.

George Clooney jest dla mnie wzorem dobrego producenta, aktora, reżysera i do tego człowieka, który podobno ma rekord w składaniu projektów do producentów, którzy jeden po drugim odrzucali wszystko, co George wymyślił, więc grał sobie mój mistrz po cichutku w ER, rozkochując w sobie wszystkie panie i w końcu zaczął robić filmy. I to jakie.

Myślę o nim za każdym razem kiedy składamy wnioski do PISF’u o finansowanie filmów i zaciskamy kciuki za powodzenie. Potem to wraca i nie ma kasy, a trzeba żyć, więc idę pracować na jakiś plan filmowy. Wtedy przypominam sobie Georga i z nadzieją, że i ja kiedyś zrobię coś równie genialnego jak Good night and good luck zaciskam nie kciuki a zęby i wstaję o tej szóstej rano i pędzę na plan.

Oczywiście kocham też nowego Bonda, Daniela Craiga, szczególnie jak w tych gaciach obcisłych wyłania się z morza, ale George też by Bonda zagrał wstrząsająco.

No i oczywiście poszłam na Michael Clayton i – jakże to miło napisać w tym amoku narzekania – sprawdza się. Co prawda delikatnie przysnęłam pod koniec filmu, bo jednak byłam strasznie zmęczona po pracy na planie filmowym reklamy budyniu dla dzieci (to w ramach tego zarabiania na życie. Myślałam, że po opublikowaniu Telenoweli już mnie nie wpuszczą na żaden plan, ale jednak wpuszczają i tylko nie patrzą co ja tam notuję, i odgadują od czasu do czasu, ale dziękuję wszystkim moim współpracownikom filmowym za super reakcje na komedię o naszej wspólnej katordze), ale i tak film wspaniały, grają jak anioły.

Połączenie Tildy Swinton i Georga Clooney’a, intrygi koncernów, prawników, piękne zdjęcia, wszystko piękne, takie normalne, takie dobre i takie, jak powinno być. George miał podbite oczy, z którymi było mu wyjątkowo do twarzy. Czy jemu jest w ogóle w czymś nie do twarzy? Chyba tylko z tymi kolejnymi dziewczynami... Wyszłam rozmarzona z kina i podniesiona na duchu, gotowa do składania kolejnych wniosków do PISF’u.

George Clooney jest ostoją dobrego smaku w całym świecie złych filmów. Czy mu wyrywają paznokcie w Syrianie, czy jak kradnie na wesoło miliony w Las Vegas, czy opowiada genialną historię w Catch me if you can, zawsze ma ten genialny sznyt. To coś. Nawet jako kosmonauta w Solaris – co mnie zmusza do dygresji.

W Solaris grała taka aktorka, zakochana w Georgu a on w niej, a ona teraz gra w serialu, który produkuje David Duchovny – i jest to jedno z większych zaskoczeń tego sezonu.

Bo jak już poszłam do tego kina i podniosłam się na duchu dzięki Georgowi, to jak wróciłam przed komputer, to właśnie się okazało, że już znowu można oglądać seriale na surf the channel. UF.

Od razu ściągnęłam nowe dzieło Duchovnego (bo gra i produkuje) pt. Californication, gdzie właśnie gra ta aktorka od Georga.

W ramach anegdoty dodam, że Showtime, kanał na którym jest to emitowane ma proces z Red Hot Chilli Peppers, bo sobie bez pozwolenia wzięli słowo Californiacation. Hm. Pachnie dobrą promocją, nie?

A serial mistrz! Pijaczyna pisarz z twórczą blokadą, bo ukochana odeszła, szlaja się po Los Angeles jak Bukowski i na dodatek ma na imię Hank. Wyrywa dziewczyny jak popadnie i ani się zorientuje, to jedna z nich to córka nowego narzeczonego jego byłej ukochanej, która lata temu grała małą dziewczynkę w oryginalnej wersji Niani (bo to, co pokazuje TVN, to kompletnie nie śmieszne dziadostwo, to jest format, zły, nieprawdziwy i słaby jak Trzynasty posterunek).

O rany, ale się ogląda. Fiu fiu fiu.

Myślałam, że David Duchovny już do końca swoich dni będzie figurował w aktach archiwum X, a tu taka niespodzianka. Wciągające, momentami obrzydliwe, łatwo się utożsamić, Los Angeles w pełnej krasie. W rankingu seriali z zachodniego wybrzeża – aktualny faworyt. Kto nie widział Californication – polecam.

No, wiec jest jakaś nadzieja w tych dygresjach zimowych. W ramach pracy zaczęłam właśnie zdjęcia do teatru telewizji – więc o tym ewenemencie produkcyjnym w następnym odcinku.

 

autor(ka): Joanna Pawluśkiewicz

archiwum

Przeglądaj wszystkie wydania teksty.bunkier.art.pl

zobacz archiwum }

w ostatnim numerze