Baza działa
drukuj artykuł

Produkuję rzeczy, które stają się niewidzialne

Rozmowy i dyskusje19/02/08 nr9 (9)

Agnieszka Wojewoda i Roman Lewandowski w rozmowie z Wojciechem Gilewiczem

Agnieszka Wojewoda: Niektórzy teoretycy dowodzą, że fotografia może być medium wywrotowym i to nawet nie wtedy, gdy przeraża, piętnuje czy porusza, ale kiedy – zamiast wizualnego szoku – najzwyczajniej daje nam coś do myślenia. Sądzę, że tak właśnie oddziaływają Twoje prace... Czy to jest jednak efekt zamierzony?



Wojciech Gilewicz: Myślę, że fotografia jest dziwnym medium, bo – z jednej strony – łudzi nas podobieństwem do rzeczywistości, daje pozory prawdy i wiernego obrazowania tego, co widzimy, a – z drugiej strony – nas oszukuje. Fotografia, jak zresztą każde inne medium, może rozmijać się z prawdą a za jej pośrednictwem możliwe jest robienie rzeczy, które w rzeczywistości się nie mieszczą ani do niej nijak nie przystają.

Agnieszka Wojewoda: Ale u Ciebie iluzje ulegają jakby podwojeniu... Nie dość, że fotografia sama w sobie stwarza sytuacje fałszywe, bo nie odtwarza tego momentu, który miał miejsce „naprawdę”, to Ty poprzez pozowanie i inscenizację zwiększasz jeszcze tę widmowość czy – jak pisał Barthes – halucynogenność. Skąd bierze się ta potrzeba?



Wojciech Gilewicz: To wynika właściwie z założeń, jakie stanęły przy powstawaniu projektu, o którym rozmawiamy. Tworzę sytuacje, które dotyczą konkretnych emocji, a więc sytuacje, które wydają się być prawdziwe, gdyż dzieją się w konkretnych wnętrzach, a jednocześnie są to okoliczności, które w ogóle nie miały miejsca. Nie jest to jednak fotografia cyfrowa i obróbka Photoshopem, tylko tradycyjna, robiona na kliszy, czyli ta najbardziej odwołująca się do tradycji tego medium – posługuję się tutaj filtrem połówkowym. Nie jest to więc żadna manipulacja, ponieważ cały czas mamy tu do czynienia z jedną równomiernie naświetloną klatką negatywu.



Agnieszka Wojewoda: Co chcesz osiągnąć, gdy fotografujesz sytuacje, które nigdy nie miały miejsca?

Wojciech Gilewicz: Można do tego podejść jeszcze trochę inaczej... Bo zwróć uwagę, że pomiędzy dwoma fotografowanymi przeze mnie postaciami zawsze jest taka martwa przestrzeń. W rezultacie widzisz, że te postaci nigdy się nie mogą dotknąć, ani spotkać, nie może nastąpić między nimi w żaden sposób cielesna relacja. Pojawia się więc moment zawieszenia, są generowane emocje i równocześnie są one jakby wstrzymane, zawieszone, co powoduje w rezultacie jeszcze większe ich spiętrzenie. To stwarza pewien dyskomfort i oczekiwanie...



Agnieszka Wojewoda: Przyglądając się Twoim zdjęciom, dostrzegam w nich poruszającą samotność, spowodowaną odkryciem, że w Innych widzimy przede wszystkim siebie. Skojarzyło mi się to z tym, co odkrył Narcyz. Bo przecież nie dostrzegamy w innych tego, czego sami nie mamy, kochamy w Innych przede wszystkim swój własny obraz, odbity w Innym jak w tafli. Z kolei próba zbliżenia powoduje rozwianie iluzji. Czy zatem ta niemożność zbliżenia się do drugiego człowieka ma moc wyzwalającą czy raczej unieszczęśliwia?

Wojciech Gilewicz: Jak bardzo bym się od tego nie dystansował, to jest to seria w pewien sposób też autobiograficzna. Nie staram się jednak tego tak interpretować. Nie uważam, że są to historie związane tylko ze mną, bo tak naprawdę każda opowieść zobrazowana w sztuce staje się w końcu historią uniwersalną. Doświadczenia, które nam się przytrafiają, są jednym uniwersalnym doświadczeniem, a artyści to tylko pokazują i nazywają. Opowiadanie o samotności, rozmowa z samym sobą, patrzenie na siebie i ciągła samoocena to są przecież powszechne sposoby reagowania i odczuwania. Nie ma w tym właściwie żadnego specjalnego odkrycia. To, co ja robię, to tylko wizualizacja i zobrazowanie, ale faktem jest, że czynię to dość iluzjonistycznie, bo ludzie oglądający te prace niejednokrotnie mówili: „To jest ten drugi”. Moja wychowawczyni z liceum ostatnio powiedziała nawet: „To jest Marcin”, mój kolega. Czyli – można powiedzieć – jest w tych pracach pewna pułapka.



Agnieszka Wojewoda: Chciałabym jeszcze na moment powrócić do tego podwojenia na Twoich zdjęciach. Jeden z „modeli” bardzo uważnie obserwuje drugiego i widać pomiędzy nimi dystans. Cały czas zastanawiam się, czym jest ten dystans? Czy on wypływa z lęku przed rozwianiem iluzji, bo zbliżenie się do drugiej osoby powoduje rozwianie pewnego upiększenia i wtedy niejako następuje zburzenie naszych wyobrażeń, czy też ten dystans jest po prostu metodą samopoznania?

Wojciech Gilewicz: Dystans może wynikać z poczucia niespełnienia. Bo według mnie nie ma możliwości poznania prawdy do końca. Pojawiający się dystans i zawieszenie to uczucia, które zawsze będą nam towarzyszyć. Nie ma ostatecznej prawdy i nie ma ostatecznych wniosków. To jest po prostu niemożliwe. Dlatego właśnie zdystansowanie się jest stanem pewnego zawieszenia. I chociaż staram się o czymś powiedzieć i kreuję jakąś relację między tymi osobami, to jest to wszystko pozór, coś, co się nie wydarzyło. I ten hamulec, ta granica są bardzo wyraźnie zaznaczone.



Agnieszka Wojewoda: Czyli jednak kładziesz nacisk na samopoznanie?

Wojciech Gilewicz: No tak, ale nie chciałbym też na tych zdjęciach nazywać rzeczy do końca, bo wówczas od razu pojawiają się interpretacyjne problemy i wątpliwości. Na przykład – jeśli pojawia się na fotografii kwiat albo jakiś inny przedmiot, to powstają pytania o ich symboliczne wartości. Tymczasem nie jest to moim celem. Dla mnie ta seria jest serią bardzo intuicyjną. I dlatego nie potrafię powiedzieć jakie znaczenie ma umieszczenie na zdjęciu jakiegoś przedmiotu, szczegółu lub koloru. Zwykle jest tak, że coś po prostu przyciąga moją uwagę i więcej jest w tym właśnie intuicji niż wyważenia i świadomego konstruowania sytuacji. Tym bardziej, że te sfotografowane wnętrza są mi bliskie. Mniej lub bardziej przejściowo poruszam się w nich i przebywam. To nie są jakieś wymyślone scenografie.



Agnieszka Wojewoda: Czy ukazane przez Ciebie codzienne, niekiedy banalne czynności to wyraz takiej kontemplacji codziennego życia? Czym w ogóle jest dla Ciebie celebracja codzienności?

Wojciech Gilewicz: Może zacznę od tego, skąd wziął się pomysł tego cyklu. Jestem malarzem i ten cykl przez długi czas traktowałem jako pewien dodatek do tego, co zawsze sobie myślałem i co poruszałem w kategoriach malarskich. W moim malarstwie nie pojawia się jednak figura, nie ma w nim nigdy przedstawienia człowieka. Przeważają raczej konceptualne, niekiedy nawet dość hermetyczne rozważania, podczas gdy gdzieś głęboko we mnie tkwiła potrzeba pokazania również człowieka. Wreszcie, w pewnym momencie stwierdziłem, że brakuje mi bardziej osobistych odniesień... A technika fotograficzna, którą się posługuję, wymaga długiej i żmudnej pracy, sesji zdjęciowych trwających dwie, trzy godziny najmniej. I trudno byłoby mi namówić do pozowania jakąś inną osobę. Sam dla siebie jestem więc najlepszym materiałem, najlepszym tworzywem.



Agnieszka Wojewoda: A zatem to kolejny powód do fotografowania samego siebie?

Wojciech Gilewicz: Tak, ale jednocześnie przychodzi moment, kiedy formuła się wyczerpuje, i w pewien sposob ewoluuje, bo w sumie jak długo można dokumentować sytuacje związane z mieszkaniami oraz domami? Od jakiegoś czasu uprawiam jogę, która daje nieprawdopodobne możliwości posługiwania się własnym ciałem. Jest to też intrygujące, dlatego że w jodze drzemie dla mnie erotyczny pierwiastek... Powstające teraz zdjęcia są bardziej monochromatyczne i coraz bardziej oszczędne, a jednocześnie pokazują ogrom tego, co można zrobić ze swoim ciałem i z samym sobą, też mentalnie. Jestem zaskoczony, patrząc na instruktorów prowadzących zajęcia, na które chodzę, że można robić rzeczy tak nieprawdopodobne. W tej sferze pojawia się także granica możliwego i niemożliwego, choć dzieje się to jakby już na innych płaszczyznach.



Agnieszka Wojewoda: Niektórzy odbierają Twoje zdjęcia jako prace narcystyczne. Czy zgadzasz się z tym?

Wojciech Gilewicz: Na pewno można je tak postrzegać. Każda interpretacja jest dobra. Jeżeli robisz coś publicznie, każdy może powiedzieć, że to jest narcystyczne, takie czy inne. Każda interpretacja będzie tutaj miała prawo istnienia. A czy ty uważasz to za zarzut?



Agnieszka Wojewoda: Nie...

Wojciech Gilewicz: Jeśli artysta decyduje się na posłużenie się swoją twarzą, swoim ciałem, dokonuje swoistej ekshibicji. Siłą rzeczy musi pojawić się tam jakiś pierwiastek narcystyczny...

Agnieszka Wojewoda: Chciałabym jednak jeszcze powrócić do wątku „samouwielbienia”...



Wojciech Gilewicz: Nie nazywałbym tego „samouwielbieniem”. Jest to raczej sposób przekraczania czegoś i może nawet nie tabu, bo tabu jest za mocnym stwierdzeniem... Jest to coś w rodzaju oswajania pewnych sytuacji, także sytuacji cielesnych, które tkwią w ludzkiej podświadomości. Pamiętam, że zapytano mnie kiedyś o możliwe sposoby interpretacji tych prac i przyszło mi na myśl, że interesująca dla mnie samego byłaby interpretacja tych zdjęć z punktu widzenia psychologa czy psychoterapeuty. Bo, zauważ, my sami zwykle obracamy się w świecie sztuki: przebywamy z ludźmi związanymi ze sztuką lub którym jest ona bliska, ciągle mówimy o symbolach i tożsamości, a byłoby myślę ciekawe, gdyby usłyszeć, co mógłby powiedzieć o tym ktoś w ogóle niezwiązany ze sztuką, czyli ktoś patrzący zupełnie z innej perspektywy niż my tutaj teraz.

Agnieszka Wojewoda: Ja właściwie nie jestem związana ze sztuką... I kiedy przyglądam się tym fotografiom, dostrzegam coś takiego, że jest w nas dojmująca potrzeba szukania prawdy o drugim człowieku, podczas gdy odnalazłszy go, zdajemy sobie sprawę, że szukamy tak naprawdę siebie. I wtedy odczuwamy dyskomfort, ponieważ widzimy w Innym rzeczy, których w sobie nie akceptujemy. One zaczynają szalenie uwierać i wkurzać w drugiej osobie. Tym niemniej samopoznanie, bez świadomości tego kim się jest, czego się szuka, nie jest możliwe bez nawiązania jakichkolwiek kontaktów. Natomiast wiele do myślenia dał mi ten obecny na zdjęciach dystans... Czy jest on niezbędny? Bo z drugiej strony – przekroczenie tej demarkacyjnej linii powoduje niekiedy zawłaszczenie i zaborczość. Więc czy nie lepiej być zakochanym Narcyzem i żyć spokojnie oraz szczęśliwie niż zbliżyć się do tej tafli wody, bardzo blisko i rozwiać ten rozstęp? Czy ten etap świadomości to już wszystko, co możemy o sobie wiedzieć, czy to jest coś, co należy przekroczyć?



Wojciech Gilewicz: Poniekąd cały czas krążymy w naszej rozmowie, nie mówiąc tego wprost, wokół tematu miłości homoerotycznej. Tymczasem dystans, który się w tych pracach pojawia, jest napięciem i jednocześnie niezrealizowanym spotkaniem, bo przecież nigdy nie dochodzi do spotkania pomiędzy tymi figurami... Dla mnie jest to kwintesencja homoseksualizmu. Tak naprawdę, jak myślę, można to sprowadzić do pożądania samego siebie, które nie jest w żaden sposób zaspokajalne, w którym nie można znaleźć spełnienia...

Agnieszka Wojewoda: Dlaczego?

Wojciech Gilewicz: Bo nie można pożądać samego siebie i być w tym zaspokojonym. Miłość homoseksualna sprowadza to do jednej płci, a więc twoja własna płeć staje się wyznacznikiem twojego pożądania, czyli niejako sam dla siebie stajesz się obiektem. A jednocześnie w tych zdjęciach dystans pozostaje zachowany, jest martwa przestrzeń, w której oni nie mają prawa się spotkać, bo takie jest po prostu technologiczne ograniczenie tworzenia tych prac. Zarazem jednak na obu częściach zdjęcia jestem ja, ale równocześnie staram się zawsze siebie różnicować. I dlatego często pojawiają się pytanie: „kim jest ten drugi”? Kiedyś miałem długie włosy, a z włosami można robić wiele i to bardzo wizualnie różnicowało te postacie. Ciągle więc miało miejsce dopowiadanie tożsamości tym dwóm modelom. Wydaje mi się, że interpretacja idąca tropem miłości homoerotycznej jest również ważna dla tych zdjęć.



Agnieszka Wojewoda: Chyba nie puszczasz komunikatu, że miłość homoseksualna jest niedojrzała?

Wojciech Gilewicz: Nie, tak nie myślę. Po prostu to jest jeden z tropów, którymi można udać się na drodze analizy. Można te fotografie rozpatrywać w kategoriach miłości narcystycznej, miłości homoerotycznej, ale także – poszukiwania tożsamości samego siebie czy przekraczania granic wyznaczonych przez medium.

Roman Lewandowski: W całej tej rozmowie jak echo wywoływana jest problematyka tożsamości, próba oswajania przestrzeni, definiowania jej... Jednak w Twoich pracach to ma miejsce również na obszarze samego medium, bo bywały przecież u Ciebie takie realizacje, gdzie łączyłeś różne media, np. malarstwo z fotografią, czy też tworzyłeś instalacje w przestrzeniach publicznych, które były świadectwem takich przekroczeń. Tutaj, w Bałtyckiej Galerii Sztuki, pojawiają się prace wykonane w technice wideo oraz fotografie, które – okazuje się – łączą także jakieś klamry. Z jednej strony dostrzegam w Twoich projektach poszukiwanie własnego języka wypowiedzi, z drugiej – nie rezygnujesz z wiary w możliwości artykułowania jakichś prawd przy użyciu tradycyjnych mediów – jak fotografia czy malarstwo. Widzę w tym jakąś głęboką ufność w możliwości wyjaśniające sztuki, co jest dzisiaj raczej rzadkością...



Wojciech Gilewicz: Myślę raczej, że wynika to z mojej chęci przyjrzenia się na nowo pewnym rzeczom. Z kolei obracanie się w kręgu tradycyjnych mediów czy technik to zarówno próba przekroczenia ograniczeń jak i pokazania, że w ich ramach można jeszcze parę rzeczy powiedzieć i że w zasadzie to naprawdę nie ma znaczenia czy posługujemy się komputerem czy farbami. Postęp w sztuce według mnie objawia się inaczej. Studiowałem malarstwo na akademii poznańskiej, którą zwykło się uważać za nowoczesną i liberalną. A ponieważ siedzi we mnie od zawsze jakaś przekora, postanowiłem pracować w ramach tradycyjnej techniki oleju na płótnie, aby przekroczyć ją i pokazać rzeczy bardzo współczesne. Stąd też na przykład po tygodniu malowania powstawał obraz w ogóle niewidoczny… I tu pojawia się pytanie: jak traktować obraz, który w trakcie jego wystawiania funkcjonuje w przestrzeni miasta jako płyta chodnikowa? Jest on rzeczywistym przedmiotem czy z racji tego, że są na nim ślady action-painting czy innego rodzaju abstrakcji należy on do historii sztuki? Dla mnie ważne jest to, że wszystkie te rozważania prowadzimy w ramach najbardziej tradycyjnej malarskiej techniki.

Roman Lewandowski: No właśnie... Te instalacje, które posiadają charakter paramalarski, mają wpisaną w siebie efemeryczność, przejściowość. Czy zatem ta przejściowość jest konstatowaniem pewnego stanu rzeczy, że wszystko się zmienia, że wszystko przemija, czy też może miałeś jakieś zupełnie inne przesłanie?

Wojciech Gilewicz: Efemeryczność? Dlaczego uważasz, że efemeryczność?



Roman Lewandowski: Bo te prace są przecież poddawane działaniu czynników atmosferycznych, więc niejako pracują i są ciągle w progresji.

Wojciech Gilewicz: Sam powiedziałbym właśnie, że ciągle się tworzą, pracują, są w ciągłym działaniu, a nie, że są efemeryczne. To wynika z tego, że moje prace się naturalnie zmieniają i ulegają takim samym procesom, jakim podlega tkanka miejska. Więc każdy taki obraz żyje zupełnie innym życiem niż obraz powieszony i przyporządkowany białej ścianie w galerii czy u kogoś w salonie.

Roman Lewandowski: Ale wobec tego, co to oznacza? Czy to jest tylko ornamentowanie przestrzeni publicznej czy też chcesz w jakiś sposób tę przestrzeń indywidualnie naznaczyć?



Wojciech Gilewicz: Jest to coś w rodzaju zastawienia pułapki… Ktoś mi powiedział we Wrocławiu, że czuje się wybity z rytmu i zagrożony moimi obrazami. Idąc ulicą Kuźniczą dowiaduje się dzięki prostej mapce, że na jego drodze jest gdzieś ukrytych 12 obrazów. To powoduje jakieś dziwne wytrącenie z własnego poczucia bezpieczeństwa. A może właśnie o to chodzi w sztuce?

Roman Lewandowski: To jest i ważne i intrygujące... Parę lat temu, zdaje się, robiłeś pewien projekt w Paryżu, który polegał na tym, że odbiorca otrzymywał pewną informację wizualną o miejscu rozmieszczenia różnych Twoich artefaktów w przestrzeni i jego misją było je właśnie znajdować...



Wojciech Gilewicz: Wyglądało to tak, że idąc do galerii przechodziłeś przez park, a potem musiałeś wrócić się do tego parku, ale już z wiadomością, że masz tam czegoś szukać i wtedy okazywało się, że przed chwilą przeszedłeś po jakimś obrazie…

Roman Lewandowski: W ten sposób stawiasz odbiorcę w sytuacji, kiedy musi on wejść równocześnie w rolę flâneura i voyeura...

Wojciech Gilewicz: To chyba dobrze, prawda?

Roman Lewandowski: Chciałem Cię jeszcze zapytać o motywacje, bo to jest bardzo istotne, czemu takie działanie ma służyć. Czy więc chodzi o odświeżenie recepcji i percepcji odbiorcy, bo przecież dzisiaj jesteśmy doszczętnie znudzeni tym przesytem wszędzie panoszącego się „obrazu”?

Wojciech Gilewicz: Rzeczywiście, jesteśmy wszyscy bombardowani obrazem, nie wiemy już co z tym zrobić i jak go „przerabiać” mentalnie. Ale wydaje mi się, że w tym, co robię, jest pewien paradks, bo chociaż maluję nowe obrazy, „produkuję” je w taki sposób, że stają się „niewidzialne”... Jestem malarzem, który wchodzi w przestrzeń miasta i tworzy z natury, bo przecież ustawiam się na ulicach i maluję. Można powiedzieć, że produkuję rzeczy, które stają się niewidzialne. Przy czym, czy jeśli coś jest niewidzialne, czy oznacza to też, że nie istnieje?



Roman Lewandowski: Ta kontrapunktowość i dystans między widzialnym a niewidzialnym i oczywiście mechanizm semantycznych pułapek, które zastawiasz na odbiorcę jest – jak sądzę – dobrym sposobem na odświeżenie myślenia o sztuce i o świecie. W efekcie tworzą się napięcia i rodzą pytania o sens sztuki malarskiej w sytuacji, gdy wydawało się, że żyjemy w świecie już pomalarskim, zdominowanym przez niewidzialne interfejsy... Czy to właśnie o to chodzi? Czy też robisz to zupełnie intuicyjnie?

Wojciech Gilewicz: Oczywiście. Ale też, aby spuentować tę rozmowę, wrócę jeszcze do trwającego 9 miesięcy projektu wrocławskiego. Bo obrazy, które związałem z miejską tkanką, po tych wszystkich przejściach, przy tym „rozciągnięciu” tego medium, w końcu trafiły na kilka dni na białe galeryjne ściany. A potem mogłyby zawisnąć u kogoś w domu. I tak oto powrócilibyśmy do estetyczno-narracyjno-abstarkcyjnej funkcji obrazu.


Rozmowa odbyła się podczas wystawy prac Wojciecha Gilewicza Oni w Bałtyckiej Galerii Sztuki Współczesnej / Baszta Czarownic w Słupsku, 6 grudnia 2007 - 13 stycznia 2008.

autor(ka): Agnieszka Wojewoda

archiwum

Przeglądaj wszystkie wydania teksty.bunkier.art.pl

zobacz archiwum }

w ostatnim numerze