Baza działa
drukuj artykuł

Granice sztuki (?)

Tematy17/09/07 nr1 (1)

Z nadzieją należy witać wszelkie nowe fora wymiany myśli o sztuce. Staje się to ważne wobec dzisiejszej wręcz dramatycznej schematyzacji mentalnej art worldu, który szczęśliwie uwolniony od okowów dawnych konwencji staje się powoli zakładnikiem logiki rynku (nowość, byle jakość, byle nowość) oraz mass mediów (intrygująca anomalia). Zresztą i w zaproszeniu do współpracy tego nowego pisma czytamy deklarację „stawiania akcentów na tematy nowe i niekonwencjonalne”. Jeśli dodamy do tego te wszystkie panujące PC, PR oraz marketing jako obowiązujące reguły myślowe (a może już tylko performatywne), to zgroza pełnię swą ukaże. Bieżę więc z przestrogami i – jak mniemam – nadzieją.

 

                       Wielu uczestników art world sam tytuł tego tekstu przywiedzie do paroksyzmów i skwitowania go mianem przedśmiertnego zewu konserwy. Tak jednak reagują tylko ludzie zamknięci w rytuale leninowskiego odruchu mózgowego, że MY to światło przyszłości, a kto myśli inaczej, ten nasz wróg (i owego światła). Problem polega jednak na zupełnie czym innym. Nie na identyfikacji politycznej, filozoficznej etc., ale na jakości myślenia. Banał, łopatologia i cynizm zdają się równo po wszelkich postawach rozkładać, a opierać im się nie ma sensu poprzez spór na poziomie ideologicznym, lecz właśnie na poziomie uczciwości i jakości myśli. W dużej mierze sztuka dzisiejsza odwołuje się do dyskursu i interpretacji, co powoduje, że w przypadkach nieprzemyślanych powstaje (z reguły, choć nie zawsze) chybiona sztuka. Tym bardziej, że konsekwencje dzieła stanowią jego immanentną część. Zaś możliwości perswazji mass mediów i rynku oraz towarzyskości są obecnie tak ogromne, że narzucają nam ową chybioność jako powszechne reguły. Spróbujmy zatem choć na chwilę nie być schematyczni i zadajmy sobie pytanie: a może jednak warto, a może nawet trzeba bronić lub stanowić pewne granice w sztuce lub poprzez sztukę?
Moja postawa wynika z kilku założeń, co czyni ją wolną od roszczeń uniwersalistycznych:
- człowiek powinien próbować sprostać (dostępnej) pełni swego istnienia, a nie redukować siebie do dominujących obecnie aktualności (wygodnych lub skutecznych)
- powinien więc używać różnych słowników finalnych (Rorty), by móc poruszać się w rzeczywistości, którą można określić jako złożoną wielowymiarowość
- powinien także operować jakimś rodzajem transwersalności, może nie tak formalistycznej jak pokantowski czysty rozum u Welscha, ale właśnie jako komplementarność między różnymi formami nie tylko dyskursu, ale pełni naszej przytomności: intuicji, doświadczeń, zmysłów, uczuć etc.
- rzeczywistość jako złożona wielowymiarowość wymaga – niestety – aktywności i odniesień wielokierunkowych, co między innymi przekłada się na konieczną „równoprawność perspektywy modernizacji i konserwacji” (Arendt).
Nie będę tu ukazywał granic pozytywnych sztuki, lecz na przykładzie dominujących „oczywistości” wskazywał obszary i gesty, w które po prostu nie warto się angażować, jeśli nie chcemy przykładać ręki do jednostronnych redukcjonizmów, czy doraźnych interesowności. Nie ma bowiem racji ta część artystów, którzy zamknięci w wąskiej tematyce „aktualnych problemów” są de facto dogmatykami, a dopiero przy okazji wystaw zbiorowych okazują się elementem „różnorodności”. Takie podejście przenosi całościowy ogląd (a i twórczość) na poziom tzw. sztuki kuratorów.
            Potoczne myślenie dominujące w art world identyfikuje sztukę z łamaniem tabu, paradygmatów, rutyn etc. Oczywiście, że tak, ale to… za mało! Przestępstwo lub chamstwo także łamie normy, ale to nie powód, by identyfikować je ze sztuką. Sztuka nie jest więc samym „łamaniem”, ale jest jeszcze czymś innym – spierajmy się o to, czym, ale nie trwajmy w pragmatyce „łamizmu”. A skoro sztuka nie jest tylko samym buntem, samą prowokacją, ale także czymś więcej, to muszą istnieć jakieś jej granice. Granice ruchome, może niedookreślone, ale których jednak warto i trzeba bronić. I ten tekst będzie takim właśnie zakamuflowanym dryfowaniem w kierunku przeświadczenia, że wszelkie jednostronne identyfikacje sztuki mają fatalne konsekwencje.
            Dotyczy to także idei, że sztuka to bunt legitymizowany przez art world, czyli współczesnej aktualizacji koncepcji Dickiego. Moim skromnym zdaniem koncepcja ta stanowi kolejny przejaw formalistycznego myślenia o sztuce, a takim jest przecież instytucjonalizm. Art world jako zinstytucjonalizowany festiwal dąży według prawa Murphego wyłącznie do podtrzymania własnego istnienia wedle panujących reguł. Art world na naszych oczach rezygnuje z posiadania własnej logiki sztuki i przeciwstawiania jej innym, pozaartystycznym regułom identyfikacji sztuki, a zaczyna czynić to wedle reguł rynku i mass mediów. Ten proces niestety narasta, a wystarczy prześledzić zjawiska typu Eurowizja, by uprzytomnić sobie, w jakim kierunku może on zmierzać.
            Spójrzmy zatem pobieżnie na panujące „oczywistości”. Kult nowego był już tyle razy analizowany krytycznie, że nie warto tego poruszać. Przypomnijmy tylko skrótowo: nowość jako „nowość” to tylko moda, nowość jako samo „inne” to tylko anomalia. One nie wchodzą w spór (ze „starym”) o rzecz naprawdę ważną: co jest lepsze? Podobnie sztuka jako atrakcyjna anomalia, to de facto apologia wariata z siekierą. Nie należy się ponadto zbytnio przywiązywać do hasła, iż w anomalii najpełniej widać problemy aktualnej „normalności”, a to dlatego, że istnieje wiele różnych rodzajów i poziomów anomalii, a ponadto każda ich tematyzacja zakotwiczona jest w tej lub innej „normalności”. I zawsze prowadzimy spory na poziomie jakiejś „normalności”.
            Żyjemy w czasach tzw. postpolityki, co oznacza kamuflowanie realnych problemów tymi pozornymi, czy których rozwiązanie wydaje się łatwiejsze. Większość trudu art world idzie na produkcję, którą da się określić słowami typu: tożsamość, gender, emancypacja, tolerancja, modernizacja etc., które przyobleka się w kategorie prowokacji, przestrzeni publicznej, dekonstrukcji, rekontekstualizacji. W praktyce te mądre słowa oznaczają z zasady abolicję wszelkiej określoności i zastępowanie jej abstrakcyjną ideą wolności, dzięki czemu stajemy się nie tyle tolerancyjni, co bezbronni i bezradni wobec wszelkich możliwych manipulacji. Celem bowiem okazuje się tu kreowanie człeka „otwartego i tolerancyjnego”, czyli nieskończenie plastycznego „uczestnika wydarzeń”. Uczestnika, a nie widza, który ocenia i wyciąga wnioski. A przecież „musimy zachować zdolność do oburzania się” (Jose Saramago). Należy więc raczej odróżniać wolność pozytywną i negatywną, nie absolutyzować tej ostatniej i nie mylić jej de facto z bezwolnością (a to przecież jest udziałem „uczestnika zdarzeń”). Nie można także utożsamiać wolności ze sztuką, bo to zakładałoby także… wolność od sztuki.
            Również sama nieokreśloność nie może być identyfikowana ze sztuką. Istnieją bowiem różne jej rodzaje, np. taka, która inspiruje, ale i taka, co obezwładnia. Jakiś element nieokreśloności zawsze przecież towarzyszy naszym działaniom. I to raczej nieredukowalna niepewność i nasza ziemska nieostateczność winny nam być drogowskazem i ostoją, dzięki czemu czujność, wyobraźnia i wrażliwość natężać się mają i precyzować, a nie być skrawane do kształtu modnych pojęć i idei. Mądrość w sztuce to raczej unikanie głupoty i krótkonożnego sprytu, niż „demaskowanie”, że nasza wiedza zawsze jest czyjaś i zawsze jest niepełna. I tylko ci bardziej absolutystycznie nastawieni wyciągają z tego konkluzję, iż owa niepełność winna być powodem umorzenia wszelkiej wiedzy, a i odpowiedzialności. Tak więc sztuka nie może być identyfikowana z samą krytycznością.
            Rzeczywistość to złożona wielowymiarowość, której żaden słownik finalny opisać nie jest w stanie. I żadne napinanie metafor tu nie pomoże. Wynika z tego przekonanie o wyższości ontologii ruchu nad ontologią stanu – nie można światu (i sobie) oddać sprawiedliwości spoglądając nań z jednego kąta. Nie da się używać różnych słowników i trwać statycznie, ale nie ma też sensu idea dążenia ku wyobrażonemu stanowi. Ma to racje sensu w perspektywie transcendencji, ale nie tu na naszym padole. Nie można bowiem mówić, że nasze obecne życie jest nic nie warte, bo dopiero za czas jakiś będzie ślicznie a nie wtedy, gdy osiągniemy punkt X (np. gdy już wszyscy będą fundamentalistami lub gejami, liberałami lub nowolewicowcami, albo przejdziemy w wirtualność etc.). Nie możemy ignorować faktu, że życie nam umyka w tej nierozkwitłej i niespełnionej realności. Zatem wołania, iż trzeba przyspieszać tryby historii, bo tylko tak sens naszego istnienia zyskamy, scedujmy na gabinety psychoanalityków. Tu właśnie utwierdza się powyższe przekonanie, iż naszą ziemską ludzką kondycją jest niepełność i dzielne oraz przytomne trwanie w niespełnieniu poprzez… unikanie spełnień pozornych. Sama postępowość nie jest więc sztuką.
            Prymat ontologii ruchu powoduje, że idea osiągnięcia stanu niezmienności jest mocno ryzykowna. Otóż nic tak nie wymaga wysiłku i charakteru oraz dynamicznych działań, jak trwanie w danej pozycji dającej odczucie niezmienności. Pozornie współgra to z zawsze ponętną ideą stuporu, lecz trzeba radykalnie odróżnić: bezwład od wysiłku utrzymywania się w danym stanie uwagi i wrażliwości. Mało tego, również nadaktywność, czyli wchodzenie w reakcje z każdą napotkaną sytuacją, również bywa przejawem bezwładu (ów „uczestnik”). Trzeba zdać sobie sprawę, że zaniechania są również niezbywalną formą naszej aktywności: ważne jest nie tylko to, co robimy, ale także to, czego nie robimy. Sama aktywność nie jest kreatywnością.
            Konserwatyzm nie jest aktualnie obecny w dyskusjach o sztuce, a to z tej prostej przyczyny, że w ogóle neguje wartość i sens sztuki współczesnej i jedynie oczekuje lub obwieszcza powrotu dawnych estetyk (np. ustami Kuspita). Nie ma sensu więc tego komentować, natomiast trzeba przyjrzeć się dominującym strategiom artystycznym. Nie raz i nie dwa publicznie wykpiwałem jednostronnych przeradykalizowanych modernizatorów, ale pokrótce powtórzę.
            Samo identyfikowanie sztuki ze „wstrząsaniem” (prowokacją, skandalem) nie wystarczy na dzisiejszą złożoną wielowymiarowość. Nie wystarczy też proste odwracanie kota ogonem (np. banał jako współczesna metafizyka), czy potoczna dekonstrukcja (jako znoszenie wszelkiej określoności, co prowadzi do niemoty). A i rekontekstualizacja, czy subwersja, które zazwyczaj tylko alibi jurnej niepoczytalności dają. To nic, że takie działania sprzedawane są jako bunt i rewolucja. To tylko marketing, to tylko zakrywanie faktu, że owe „rewolucyjne bunty” to właśnie najbardziej skuteczne dziś formy konformizmu – adaptacji do reguł rynku i mediów. Ich skutki społeczno/kulturalne są albo żadne, albo przeciwne od deklarowanych (np. sztuka krytyczna jako element krystalizacji oporu i tożsamości konserwy, a nie jej liberalizacji). Sztuka rozumiana jako element debaty publicznej jest jednorazowego użytku, wyczerpuje się wraz z ustaniem owej debatą i – jako jednostronna interpretacja – powinna zostać komisyjnie pochowana. Tymczasem okazuje się, że staje się ona z reguły wartością trwałą, lecz jako… towar. Pojawia się więc obawa, iż i same debaty również mają de facto znaczenie marketingowe służące raczej lansowaniu kolejnych gwiazd, niż rozwiązywaniu problemów.
            Strategia prowokacji i skandalu ma oczywiste wady. Po pierwsze jej alibi to skuteczność, czyli twierdzenie, że obscena, a czasami zwykłe chamstwo są uprawnione, gdyż służą wyższym celom. Czasami tak bywa, ale nie jest to automatyczną regułą. Trzeba pamiętać, że robienie sztuki na użytek tzw. mas jest iluzją, bo masy tego nie oglądają, więc i przekształcać się dzięki temu nie mają jak. A samych intencji nie można utożsamiać z konsekwencjami (o ile nie jesteśmy fanatykami pankulturalizmu), więc – niestety – instrumentalizacja głupoty i banału okazuje być jedynie tegoż manifestacją. Procesy te analizował swego czasu Odo Marquard („bonizacja zła”) i to warto pamiętać. Oczywiście samo podważanie rutyn i oczywistości jest ożywczą wartością, ale to jednak też za mało. Samo „potrząsanie” innymi w nadziei, że uklepią się jakoś inaczej, również nie wystarczy – a jeśli uklepią się na gorsze?... Z kolei prosta dydaktyka uwrażliwiania na określone problemy i tematy to de facto forma kulturowej kolonizacji, co raczej trudno nazywać emancypacją. Dlaczego mamy wmawiać ludziom, że ich problemy są mniej ważne i mniej doniosłe kulturowo od problemów innych ludzi? Podstawą takich działań mogłaby być tylko idea dobra wspólnego, ale jakoś nie widać wielu jej apologetów – problemy społeczne traktowane są raczej jako narzędzia kulturkampfu. Ponadto sztuka nie jest modą, która sezonowo zmienia optyki i preferencje jedną na drugą – i jednocześnie doraźnie je absolutyzuje. Ale i sama wielość różnych optyk to raczej wynik bezradności, więc trzeba uczyć się wybierać, czyli niestety: hierarchizować. Co zresztą każdy, nawet wyznawca „nowej powierzchniowości” w praktyce czyni.
            Próbując oddziaływać na innych trzeba niestety brać za to odpowiedzialność. Trzeba robić to z szacunkiem dla wolności drugiego człowieka i to niezależnie, czy mu uprzednio nadamy status mohera, czy postępowca. To oznacza, że sztuka zaangażowana powinna funkcjonować na poziomie świadomego wyboru – inicjowania, czy wprowadzania do refleksji, a nie osławionego „emocjonalnego szantażu” czy socjotechniki. Inaczej będzie propagandową manipulacją. Moim skromnym zdaniem, tu właśnie ujawnia się niezbywalność kategorii etycznych w sztuce – tworzymy sztukę, by siebie i innych ubogacić, a nie strugać wedle jakichś mniemań.   
            Jedną z podstawowych opozycji w kulturze jest proces socjalizacji i indywiduacji. Ten drugi człon dziś jest marginalizowany przez jego pozorowanie (vide reklamy: bądź sobą i kup nasze żelazko). A obie perspektywy są niezbędne. Na przykład problemem społecznym jest przestępczość. Ale wedle statystyk liczba morderstw w krajach Zachodu jest porównywalna do liczby samobójstw. Tak więc problemem ważnym jest nie tylko to, że marnie radzimy sobie w byciu z innymi, ale i z samym sobą. Oczywiście perspektywa indywiduacji nie jest „potrzebna”, a nawet jest wroga interesom próbujących zredukować nas do roli konsumenta. Krótko mówiąc: sama troska społeczna nie jest tożsama ze sztuką.
           Konieczne jest także uprzytomnienie sobie felerności sztuki zredukowanej do interpretacji. Dziś często pojawiają się działania, dla których dana interpretacja jest i punktem wyjścia, jak i spełnienia. Potrzeba raczej poszukiwać napięcia między doświadczeniem, a interpretacją, a nie tylko niezgodności między interpretacjami. Inaczej ugrzęźniemy w wygodnym, ale jałowym pantekstualizmie. Czyli w art world potrzebni są nie tylko spece od interpretacji (przejawiło się to „sztuką kuratorów”), ale i od formy, symboliczności etc. (czyli artyści). Oraz odbiorcy jako rzeczywiści ludzie, a nie abstrakcyjne masy. Sama aktywność interpretacyjna, pomijająca doświadczenie i egzystencjalne zakorzenienie, to za mało, by identyfikować to ze sztuką.
            Adornowski przemysł kulturowy zastępuje rzeczywistość kalejdoskopem kolejnych aktualności, których jedyną wartością jest ich sukces w grze o dominację nad innymi aktualnościami. Nie byłoby w tym nic zdrożnego, jeśli reguły tej gry byłyby racjonalne i spolegliwe, ale niestety rządzi myślenie marketingowe. Powoduje to, że dziś często dorobek artystyczny to liczba wystaw, udział w różnych Eurowizjach, zaś jedyna wartość produktu to cena aukcyjna. Aktywizm często zastępuje dziś kreatywność, co wcale nie znaczy, że stanowi jego nową formułę. Zaś skutkiem gry o dominację jest dominacja, a nie sztuka.
           Jak wspomniałem, należy unikać plątania ontologii statycznej i dynamicznej. Wypada również unikać statycznych kategoryzacji, a taką jest między innymi bolesna, a dominująca dziś logika tożsamości. To jej zawdzięczamy większość powyższych zamieszeń. Logika ta, a raczej ta pragmatyka jest dwustopniowa, o czym rzadko się wspomina. Otóż nie tylko problemem jest nasza kulturowa czy wizualna reprezentacja, ale i to, że my sami traktowani jesteśmy jako reprezentanci czegoś bardziej „prawdziwego”, niż my sami. W ramach tej pragmatyki określani jesteśmy przez kategorie odgórne (socjologiczne, statystyczne typologie) oraz kategorie oddolne (psychologiczne), czyli: ty i ja jesteśmy pochodną gier społecznych dyskursów albo realizacją programu genetyczno/środowiskowego (lub obu na raz). W innej wersji: moderna preferowała ogólne uniwersalne kategoryzacje, postmoderna zaś bezosobową intertekstualną grę kodów, która wyprzedza wszelką tożsamość – oba skwapliwie pomijały sferę istnienia jednostkowego. Z obu wszakże wynikało, że nie ma znaczenia to, co myślisz, czujesz i robisz, ale tylko to, co sobą bezwiednie reprezentujesz. A mówiąc ściślej: znaczysz tyle, do jakich kategorii jakiś gatekeeper ciebie zakwalifikuje. Taka procedura bardzo ułatwia życie w tłumie, ale uniemożliwia de facto mówienie o wolności, kreatywności czy odpowiedzialności. W art world od dłuższego czasu ten problem „rozwiązuje się” wszczynając turnieje na poziomie reprezentacji wizualnej. Czyli: nawet tych zmarginalizowanych, innych wciska się na siłę w kołowrót logiki tożsamości. A to właśnie z takiego zsocjologizowanego myślenia biorą się wystawy w rodzaju (kilka razy w roku) Nowe pokolenie oraz Sztuka blondynów po zawale w średnim wieku (już wkrótce!). Nie znaczy to, iż problem reprezentacji nie jest ważny, ale nie można problemów społecznych załatwiać pozorami ich symbolicznego rozwiązania; i przy okazji instrumentalizować sztuki. Tak więc kategorie socjologiczne i psychologiczne raczej stanowią kres sztuki, niż jej nową legitymizację.
           Podstawowym problemem jest dziś konflikt między (samo)identyfikacją ponowoczesną (jako grą autonomicznych dyskursów, które zwalniają nas od „obowiązku” istnienia) oraz postromantyczną. Czasami odzywają się jeszcze tożsamości moderny, jako dalsze radykalizowanie determinacji kategoriami ogólnymi, co np. znajdujemy zarówno w neomarksizmie, jak i w rezonujących z nim tradycyjnych fundamentalizmach. Postromantyzm operuje logiką idiomatyczną, czyli konkretny człowiek jako istnienie wyjątkowe. Tu mamy szereg opcji, również tak radykalnie „słabych” metafizycznie, jak identyfikacja retoryczna (Bloom), czy nawet ironiczna (Rorty); człowiek choćby nawet jako konstelacja dyspozycji i dążeń, ale jednak posiadająca swoją biografię i choćby względną integralność. Można się tu spierać o formułę postromantyczności, ale nie widzę sensu praktykowania wizji ponowoczesnej – ona nas po prostu eliminuje. Będąc oderwana od naszego doświadczenia egzystencjalnego staje się dywagacjami na temat (formalnie i instytucjonalnie) rozumianego samoistnego rozwoju sztuki, kultury etc., co kończy się np. pytaniem: co jeszcze może być sztuką, by sztuka się rozwinęła? A w innym kontekście: jaki samochód można jeszcze zrobić by się motoryzacja rozwinęła? Dla zwolenników takiego myślenia każdy nowy samochód będzie formą postępu i modernizacji, mimo że nie da się do niego wsiąść, ani użytkować. Ten zarzut dość łatwo można odwlekać mrucząc o nieznanych możliwościach, ale taki upór prowadzi do potencjalizacji i istnienia i działania. A to kolejny punkt wart głębokiego namysłu – czy sztuka jest działaniem na poziomie możliwości, czy rzeczywistości, a może jednocześnie tu i tam (czyli symboliczności)? Tu tkwi chyba istota sporu między postępowcami, a konserwatystami, czyli daremność strategii skandalu i daremność strategii egzorcyzmowania. Temat ten zbyt szeroki, więc mówiąc krótko, aby go dobrze doświadczyć, trzeba precyzji. A z tym jest fatalnie. Wszakże sam brak precyzji i tzw. „twórcze niezrozumienie” nie może być identyfikowany ze sztuką. Tu uwaga: precyzję należy pojmować w tradycji Arystotelesowskiej: „wszystko należy definiować z precyzją właściwą naturze danego zjawiska”. Z tego wynika, iż istnieć mogą zjawiska, których po prostu nie należy (w imię racjonalności!) definiować.
 
            Reasumując, granicami sztuki jest to, co ją redukuje i instrumentalizuje. Takim jest jednostronne identyfikowanie sztuki z samym postępem, z samą nowością. Ale również jest nim samo zestawienie tych identyfikacji, czy intertekstualność – ważny jest bowiem także rodzaj wielowymiarowości, a nie tylko samej złożoności.
            Sytuacja obecna jest wygodna dla wielu ludzi. Inni jednak czują pewien dyskomfort wobec galopującej lepperyzacji kultury i sztuki (o polityce lepiej już nie wspominać). Trzeba mieć świadomość, że jednostronna koncentracja na samym łamaniu norm nie tylko służy wolności (co zresztą też jest wątpliwe), ale jednocześnie daje wolną rękę hordom populistów i cwaniactwu. Nie przeciwstawimy im się ideami i idealistycznymi wizjami. Każda utopia projektuje zresztą jednocześnie swojego „szczęśliwego” uczestnika i warto uważnie przyjrzeć się właśnie temu projektowi, a nie tylko zachwycać się zgrabnością wizji ogólnej. Ponadto zawsze pozostaje niezręczna kwestia rozwiązania problemu tych, którzy nie chcą uczestniczyć w owej wizji. Rozsądek podpowiada, iż lepiej już nieustannie borykać się w poszukiwaniu jakichś form współistnienia z ludźmi o różnych poglądach i intencjach. A czynić tak możemy tylko poprzez stanowienie pewnych reguł, granic i jakości oraz oczywiście poprzez spór o nie.
            Tezę wyjściową tego tekstu stanowi przekonanie, że sztuka obecnie w niebezpiecznie skwapliwy sposób adaptuje się do logiki rynku i mass mediów, staje się częścią wytwarzania ich kolejnych „dominujących aktualności”. Sztuka staje się powoli pragmatyką interesu. Tak zawsze w jakimś stopniu bywało, ale skala zjawiska tworzy zupełnie nową jakość. Najwyższa pora spojrzeć w stronę przeciwną. Alternatywą jest sztuka jako strategia depragmatyzacji, czyli aktywnej bezinteresowności. Depragmatyzacja jako uodparnianie na kulturową aktualność, uprzytamniania mechanizmów jej wytwarzania i funkcjonowania, które same w sobie przecież są wartościujące. To także uświadamianie, że mamy również interesy długofalowe (a może nawet i ostateczne), a nie tylko sezonowe i kontekstualne. Depragmatyzacja to również demistyfikacja interesów pozorowanych i narzucanych. Obok funkcji krytycznej, aktywna bezinteresowność zakładać powinna kompensowanie przestrzeni naszego istnienia o sfery i wymiary wypierane przez owe aktualności. Przestrzeni istnienia wspólnotowego, ale i jednostkowego, ku ich optimum. To właśnie optimum tkane również z naszych marzeń i nadziei, a nie samą tylko kulturową aktualność powinniśmy przeciwstawiać rzeczywistości.
           Jakaś forma bezinteresowności jest ponadto warunkiem wszelkich wartości, czy wymiarów uznawanych za tzw. wyższe czy duchowe. Zdolność do porzucenia własnej interesowności to przecież także warunek wolności: jakiż sens ma ponowoczesne znoszenie wszelkiej określoności realizujące fichteańską wolność absolutną, by jednak pozostać niewolnikiem samego siebie, czyli przygodnie nabytych preferencji i dyspozycji? Oczywistą konsekwencją jest więc tu idea sztuki jako drogi rozwoju („budowania siebie”); i dojrzewania, czyli roztropnej zdolności wyboru.
            Aktywna bezinteresowność tu lansowana nie jest desperackim idealizmem, ale raczej spostrzeżeniem, że to ona właśnie daje nam szansę na pełny kontakt z rzeczywistością, otwiera nas na różnorodność i wielowymiarowość. Bezinteresowność jest zapewne naszym… najważniejszym interesem i dobrze by było chronić sztukę, jako jej domenę.
 

autor(ka): Sławomir Marzec

archiwum

Przeglądaj wszystkie wydania teksty.bunkier.art.pl

zobacz archiwum }

w ostatnim numerze